Geoblog.pl    michalfutyra    Podróże    Tajemnicze miasta Azji Południowo - Wschodniej    Wyspa Samosir - Opowiem ci legendę
Zwiń mapę
2011
10
wrz

Wyspa Samosir - Opowiem ci legendę

 
Indonezja
Indonezja, Tuk tuk
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 2545 km
 
„Opowiem Ci legendę przyjacielu. Mój klan, klan Marga, ludu Batak, opowiada ją sobie z pokolenia na pokolenie. Dawno temu, gdy jeszcze nie istnieli ludzie, ziemię zamieszkiwały jedynie duchy natury. Było ich niewiele. Bywało tak, że jeden phii, nigdy nie spotkał innego, a że ich życie trwało bardzo długo, były niezwykle samotne. Jednym spośród nich była nasza stworzycielka. Matka. Ta, która tchnęła życie w naszych pradziadków, pierwszych z Batak – Raja Itah Manisia. Pewnego dnia, a musisz wiedzieć, że czas wtedy upływał inaczej, przysiadła na kamieniu i zaczęła lepić z ziemi pierwszych ludzi. Kiedy już poczuła, że ukończyła dzieło, dmuchnęła w glinę i tak narodziliśmy się my, Batak. Chciała tylko żeby człowiek dotrzymywał jej towarzystwa i był wdzięczny za narodziny. Tak jak matka oczekuje miłości od dzieci, tak nasza phii tego samego chciała od nas. Ale pierwsi Batak przestraszyli się własnej stworzycielki i uciekli do dżungli. Zasmuciło ją to i poczęła płakać. Płakała długo, a łzy spływały pod jej nogi. W końcu z łez powstało Danau Toba – jezioro Toba. W miejscu zaś gdzie siedziała, pozostała wyspa – Palau Samosir – ziemia, na której mieszkamy od początków ludzkości” - zakończył opowieść mój przewodnik Matias. Siedzieliśmy na brzegu jeziora. Fale uderzały rytmicznie w kamienisty brzeg. Gdzieś w oddali, na drugim brzegu migotały odległe światła miasta Parapat. Było coś magicznego w tej chwili. Nas dwoje w miejscu tak odległym od mojego świata. Ja, europejczyk i on, potomek kanibali, którzy jeszcze niecałe sto pięćdziesiąt lat temu zjadali serca swoich wrogów.

Podobała mi się ta legenda. Było w niej wszystko, czego można oczekiwać: duchy, siła natury i słaby, przestraszony człowiek. Tak inny od tego, jakim chce być dzisiaj. Nie prostowałem tej historii. Jaki sens miałoby wyjaśnianie mu, że wyspa Samosir jest najpewniej wierzchołkiem wygasłego tysiące lat temu wulkanu, a jezioro efektem spływania w otaczającą dolinę górskich potoków? Wolałem sobie wyobrażać, że w tej chwili stworzycielka ludu Batak bacznie się nam przygląda, ukryta za jednym z drzew.

W 1783 roku brytyjski podróżnik William Marsden powrócił do Londynu z długiej wyprawy do Azji. Przywiózł ze sobą fascynujące wiadomości. Na południu kontynentu, w północnej części wyspy Sumatra żyje plemię kanibali. Ludzi, którzy pożerają siebie nawzajem. Na dowód tego zaprezentował schwytaną grupę Batak. Niskich, krępych, o ciemnej karnacji skóry. Przyozdobionych w skórzane opaski na biodrach i pomalowanych w trzy kolory: biały, czarny i czerwony.

Już kilka miesięcy później śladami Marsdena wyruszyli pierwsi chrześcijańscy misjonarze, aby nawracać zagubiony w dziczy lud. „Jak to?” – zadawali sobie pytanie – „Nie możemy pozwolić, aby ci biedni ludzie pożerali się wzajemnie. Musimy zanieś im światło słowa Bożego”. Dziesiątki statków wypełnionych natchnionymi przez religię europejczykami ruszyło na Sumatrę. Katolicy, baptyści, charyzmatycy, Adwentyści Dnia Siódmego, anglikanie. Wszyscy oni chcieli za wszelką cenę wyzwolić Batak z objęć szatana. Rozpoczął się okres misjonarskiej turystyki.

Dzisiaj ślady działalności chrześcijan w prowincji Sumatra Północna są zauważalne na każdym kroku. Im bliżej jeziora Toba, tym więcej kościołów. Przejeżdżając przez najmniejszą nawet miejscowość trudno nie zauważyć mijanych kościołów. Chrześcijańskie żłobki, szkoły, szpitale, domy pomocy. Niby wszystko w porządku, ale gdy porozmawia się z mieszkańcami wiosek, człowiek uzmysławia sobie, jak bardzo zostali skrzywdzeni przez przybyszów z Europy i ich religię.

Od północy okręg Toba graniczy z najbardziej islamską częścią kraju, prowincją Aceh. W której, jako jedynej w Indonezji, wprowadzono prawo szariatu i gdzie działają najbardziej konserwatywni muzułmanie. Na południu znajdują się Riau i Sumatra Zachodnia, nieco mniej restrykcyjnie muzułmańskie, ale jak najbardziej wrogo nastawione do chrześcijan. Wszyscy Batak od przeszło dwustu lat uważają się za chrześcijan, i jak nie trudno się domyśleć, mają z tego powodu sporo problemów. „Wiesz dlaczego nigdy żaden Batak nie zostanie prezydentem?” – pyta mnie Matias – „Bo my jesteśmy chrześcijanami. Dlatego. Dwa lata temu w Dżakarcie fanatycy muzułmańscy zamknęli naszych braci w kościele i spalili. Nikt nie przeżył” – dodaje, chcąc podkreślić tragizm sytuacji. Co jakiś czas w większych miastach Indonezji dochodzi do ataków na chrześcijan. W skrajnych sytuacjach giną nawet ludzie. Mieszkańcy wyspy Samosir – serca i kolebki Batak - należą do tych szczęśliwców, którzy mogą czuć się bezpieczni. Tutaj chrześcijanie stanowią większość. Nie zmienia to jednak faktu, iż wiara w trójcę świętą stała się dla nich przekleństwem.

Po latach wzmożonej akcji nawracania Batak, nieliczni misjonarze zauważyli, że oprócz wyplenienia kanibalizmu, zaczęła ginąć unikalna kultura i tradycja ludu. Początkiem dziewiętnastego wieku na wyspie zawitali pierwsi angielscy antropolodzy. Dopiero oni zauważyli, że potępiany i uważany za działalność szatana kanibalizm, jakkolwiek by to nie brzmiało, miał głęboki sens społeczny.

Kilkanaście kilometrów od wioski Tuk tuk znajduje się miejsce szczególne. Kamienny tron. Teren zebrań siedmiu królów Batak. Gdy zmuszała ich do tego chwila, zasiadali w wyciosanych z kamienia siedliskach, zwróceni twarzami w kierunku szerokiego kamiennego stołu. Tutaj rozpatrywali przypadki naruszenia plemiennego prawa. Gdy ktoś z podwładnych dokonał zabójstwa, gwałtu lub innej ciężkiej zbrodni, osądzano go z największą surowością. Na współczesne standardy, można nawet powiedzieć, że poddawano go nieludzkiemu traktowaniu. Schwytany przestępca, wtrącany był na siedem dni do bambusowej klatki. Zakuty w drewniane dyby, dostawał raz dziennie wodę do picia. Po upłynięciu tygodnia, królowie radzili co z nim począć. Jeśli każdy z nich wyrokował, iż należy się najsurowszy wymiar kary, nieszczęśnika rozciągano na stole, wbijano mu pod żebra nóż i wycinano serce. Następnie każdy władca musiał połknąć fragment narządu. Wszystko po to, aby zły duch ulokowany w sercu, nie miał dostępu do świata żywych i aby nie czynił więcej zła. Ostatni zarejestrowany przykład królewskiego sądu zanotowano stosunkowo niedawno, bo w 1853 roku. „A co się stało z waszymi królami?” – pytam Matiasa. Ten uśmiecha się szczerze i odpowiada: „Nie pamiętam kiedy umarł ostatni, ale w muzeum jest jego zdjęcie. Dzisiaj nie mamy już królów. Wszyscy Batak są królami. A przede wszystkim Jezus Chrystus jest naszym władcą” – kończy.

Z siedmiu plemion Batak większość przyjęła nową wiarę i żyje skupiona w kilku miejscowościach wyspy. Jednak pozostała też grupa tych, którzy woleli udać się na wygnanie w głąb dżungli, niż porzucać duchy i wiarę przodków.

Zarysowując palcem przybrzeżne góry, Matias snuje jedną z zapamiętanych z dzieciństwa historii: „Są tacy Batak, którzy znają czarną magię. Dukuni. To oni nie chcieli się nawracać i do teraz żyją w dżungli. Jakby to zrobili, straciliby swoje moce. Gdy byłem mały, chodziłem do szkoły zaraz przy dżungli. Daleko było do domu, więc w tygodniu spaliśmy w szkole. Jednego razu zachorował mój kolega. Nikt nie wiedział co mu jest. Wezwano lekarza. Ale zanim ten przyjechał, w klasie zjawił się stary dukun. Nie wiedzieliśmy skąd się wziął. Po prostu wszedł. Wziął chłopaka na ręce i poszedł z nim do lasu. Nikt nie odważył się za nimi ruszyć. Rano chłopak przyszedł na lekcje jakby nigdy nic. Zdrowy. Nie pamiętał co się stało”.

Trudno było mi uwierzyć w tą historię, ale było coś takiego w powietrzu, że przyjąłbym do wiadomości dużo bardziej niewiarygodną i dziwaczną opowieść. Może tego typu opowiadania mają to do siebie, że jakkolwiek trudno w nie uwierzyć, to słuchający chce, aby były prawdziwe. Współczesny, racjonalny świat nie pozastawia wiele miejsca na magię i tajemnicę. Tutaj zaś, na jeziorze Toba, czułem się zupełnie rozgrzeszony z potrzeby bycia sceptykiem.

„A wiesz dlaczego Batak malują wszystko na trzy kolory? Biały, czerwony i czarny?” – pyta Matias dogaszając ognisko – „Czerwony to krew mojego ludu. Biały, to czyste i dobre serca. Czarny, to magia”.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (1)
DODAJ KOMENTARZ
Tomasz
Tomasz - 2011-09-14 15:35
Wspaniała opowieść.
 
 
michalfutyra
Michał Futyra
zwiedził 2% świata (4 państwa)
Zasoby: 17 wpisów17 18 komentarzy18 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0