Geoblog.pl    michalfutyra    Podróże    Tajemnicze miasta Azji Południowo - Wschodniej    Dumai - Też chciałbym popłynąć do Nepalu
Zwiń mapę
2011
07
wrz

Dumai - Też chciałbym popłynąć do Nepalu

 
Indonezja
Indonezja, Dumai
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 1789 km
 
Portowe miasto Dumai w Indonezji jest jednym z niewielu miejsc do których można dotrzeć drogą morską, wypływając z Malezji. Dwugodzinny rejs przecina cieśninę Malakka oddzielającą Morze Chińskie od Morza Andamana. To właśnie tędy przebiegał niegdyś najważniejszy szlak handlowy z Azji Południowo – Wschodniej. Jeden kierunek prowadził do Chin i Japonii, drugi na Bliski Wschód i ku Europie. W pewnym sensie do dzisiaj droga morska jest wykorzystywana do handlu, ale nieco inaczej pojmowanego.

Trudności w zakupie biletu po malezyjskiej stronie dawały przedsmak tego, co czekało mnie na granicy Indonezji. Z trudnością przekonałem sprzedawcę biletów, że jedynym moim celem podróży jest chęć zobaczenia wyspiarskiego kraju. „Jak to?” – dopytywał się kilkakrotnie – Po co statkiem? Łatwiej polecieć. Do Dżakarty. Godzina lotu i jesteś na miejscu”. Owszem, wiedziałem, że wygodniej byłoby polecieć samolotem, ale nie miałem najmniejszego zamiaru odwiedzać głośnej i brudnej stolicy. „Statek do Dumai tylko dla Malezyjczyków i Indonezyjczyków” – naciskał. W to akurat mi było trudno uwierzyć. Często z tego połączenia korzystają drobni szmuglerzy i handlarze mniejszego kalibru. Po przypłynięciu do Malakki, ruszają tłumnie autobusami do Singapuru. Tam, w zakupowym szale wypełniają foliowe torby elektroniką, zabawkami i lekarstwami (Singapur nie nakłada podatku na większość produktów), po czym wracają do siebie, żeby sprzedać wszystko z zyskiem. Nie dając wiary słowom o statku przeznaczonym jedynie dla dwóch narodowości, udało mi się w końcu zakupić bilet ogłaszając głośno, że nie jestem terrorystą, ani tym bardziej szmuglerem narkotyków.

Port w Malakce w niczym nie przypomina centrum handlu morskiego sprzed wieków. Zapomniany, używany od przypadku do przypadku. Statki wpływają do niego jedynie dla pilnych napraw w drodze na Wschód lub ku uciesze turystów, spędzających czas na wycieczkowcach.

W pobliżu wejścia na prom znajduje się muzeum marynarki morskiej. I tym właśnie jest cały port. Niszczejącą zatoką, w której zacumowane większe i mniejsze łodzie rdzewieją, z wolna toną lub po odbyciu kilkunastoletniej służby na morzach, oczekują na złomowanie. Wzdłuż brzegu wałęsają się bez celu bezdomni lub dzieciaki w mundurkach, które wolą wagary na świeżym powietrzu od przygnębiającej szkolnej nudy.

Po sprawnie przeprowadzonej malezyjskiej odprawie, rejs na górnym pokładzie statku mija nadspodziewanie szybko. Po jakimś czasie na horyzoncie pojawia się wyspa Palau Rupat, zapowiadając bliskość portu w Dumai. Dumai w przeciwieństwie do Malakki jest w dalszym ciągu mocno eksploatowany przez Indonezyjczyków. W nim najczęściej dokonuje się załadunku jednego z eksportowych dóbr kraju – oleju palmowego. Po kilku tygodniach rejsu na północny - zachód rozlewany jest jako dodatek do oleju słonecznikowego, czy rzepakowego i cała Europa jak długa i szeroka, od Portugalii po Rosję i od Cypru po Wielką Brytanię, smaży na nim w najlepsze.
Wykupiwszy wizę indonezyjską udałem się, jak wspomniał celnik, na szybką, kontrolną rozmowę z urzędnikiem od spraw bezpieczeństwa.

„Witam w Indonezji” – rozpoczął oficjalnie mężczyzna w średnim wieku. Ubrany w luźną, kolorową koszulę, spodenki i sandały, w niczym nie przypominał umundurowanych służbistów, z którymi miałem wcześniej do czynienia. Jedyną oznaką jego władzy była zawieszona na łańcuszku, blaszana odznaka, przypominająca policyjną. „W jakim celu pana wizyta?” – wypowiedział jedno z serii rutynowych pytań. Wszystko przebiegało gładko do chwili, gdy wziął w ręce paszport. „Dużo podróżujesz” – przeszedł na formę mniej oficjalną po zweryfikowaniu mojego wieku.

- Po co byłeś w Indiach?
- Zwiedzałem.
- W jakim celu odwiedziłeś w zeszłym roku Nepal? – zagadnął, jakby miało to najmniejszy choćby związek z Indonezją.
- Chciałem zobaczyć Katmandu – odparłem zgodnie z prawdą.
- Byłeś w Nepalu i zwiedzałeś tylko Katmandu?
- Tak. Nie miałem wiele czasu, więc całość pobytu spędziłem w stolicy i okolicy – wyjaśniłem.
- A co oglądałeś w Katmandu? – ciągnął.
- Muzea, świątynie, kramy, sklepy z pamiątkami, ludzi i bary.
- I tyle?
- Tak i tyle.
- Ale tam mają góry. Nie byłeś w górach? – drążył temat. Wraz z kolejnym zadawanym pytaniem uśmiech z mojej twarzy znikał coraz bardziej – „Skoro byłem tylko w Katmandu, to znaczy, że nie łaziłem po Himalajach” – wyjaśniłem z naciskiem na nie. Uzmysławiałem sobie, że pytania powodowane są nadmiarem czasu, którym dysponował urzędnik. W setce przyjezdnych tylko ja i dwójka Australijczyków musiała wystać swoje po wizę i odbyć obowiązkowe z nim spotkanie.
- Też chciałbym popłynąć do Nepalu – podzielił się ze mną swoim marzeniem.
- To może być trudne – wypaliłem bez namysłu i tym samym miałem tego gorzko pożałować.
- A dlaczego?
- Bo Nepal nie ma dostępu do morza.
- Przecież wiem. Nie jestem głupi. To w takim razie powiedz mi jak mogę tam dopłynąć?...

 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (1)
DODAJ KOMENTARZ
zula
zula - 2011-09-15 17:32
Dobry dialog a finał ...morski !
 
 
michalfutyra
Michał Futyra
zwiedził 2% świata (4 państwa)
Zasoby: 17 wpisów17 18 komentarzy18 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0