Geoblog.pl    michalfutyra    Podróże    Tajemnicze miasta Azji Południowo - Wschodniej    W drodze do Puala Perhantian - Kwietni Ludzie kontra Synowie Ziemi
Zwiń mapę
2011
29
sie

W drodze do Puala Perhantian - Kwietni Ludzie kontra Synowie Ziemi

 
Malezja
Malezja, Palau Perhantian
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 1230 km
 
O silnej pozycji chińskiej diaspory w Malezji przekonać się można bardzo szybko po przyjeździe do kraju i nie jest to specjalnie trudne. W kioskach na dziesięć dostępnych codziennie gazet, dwie wydawane są w języku angielskim, trzy malezyjskim, a cała reszta pisana jest w dialektach chińskich. W każdym mieście ulokowane jest większe lub mniejsze Chinatown. Utarło się nawet powiedzenie, że Malaje rządzą polityką, ale Chińczycy pieniędzmi. Nic dodać, nic ująć.

Chińczycy w Malezji do niedawna mówili o sobie hua – ren, kwietni ludzie lub synowie cesarstwa kwiatów. Wynikało to z faktu, iż pierwsi emigranci należeli do starego pokolenia, które chętnie kultywowało dawne, zapomniane już w Państwie Środka tradycje. Zapomniane lub skutecznie wytrzebione przez komunizm. Przywiązanie do wielopokoleniowej rodziny. Świątynie budowane na cześć sławnych przodków i słynnych bóstw. Dzięki temu w Malezji, jak w niewielu krajach Azji Południowo – Wschodniej odnaleźć można dziesiątki zachowanych do dzisiaj perełek architektury rodem z dawnych Chin. Wszystko to jednak zmienia się wraz z coraz szybszym rozwojem kraju. Dzisiaj, przywiązanie do tradycji dla wielu młodych Chińczyków wiąże się z narzucaniem im na barki niewygodnego „gorsetu” określonych, staromodnych wartości. Jeśli można mówić o jakiejś głębszej więzi łączącej pokolenia hua – ren, to będzie to wspólnota interesów i wzajemnego, biznesowego wsparcia.

Od momentu pojawienia się pierwszej grupy emigrantów z Chin, wiadomo było, czym się zajmą; handlem i usługami. Zajęciami pogardzanymi w macierzystym kraju. Sklepikarz w Chinach na drabinie społecznej plasował się dużo poniżej klasy urzędniczej, a nieco wyżej bezrolnych chłopów. Wybór padł na ten sektor z dwóch prostych powodów. Ponieważ Chińczycy mają smykałkę do interesów i dlatego, że relatywnie łatwo jest się dorobić. A nic tak, jak pieniądze daje bezpieczeństwa w bądź co bądź, obcym kraju. Powiedzieć, że Chińczycy opanowali ten sektor państwa to mało. Nie uda się zrobić biznesu bez wiedzy i pozwolenia chińskich przedsiębiorców. Większość sklepów w miastach Malezji należy właśnie do nich. Hurtownie, przedsiębiorstwa przewozowe, firmy deweloperskie, agencje pośrednictwa, salony piękności – wszystko chińskie. Jedyna gałąź usług wolna od hua – ren, to turystyka. Jakby dwie największe grupy społeczne kraju ustaliły między sobą, że ta pozostanie domeną wyłącznie malajską.

Najlepiej sytuację panującą w kraju, opisał mi podczas wieczornego objazdu po Penang malajski taksówkarz. Ponad osiemdziesiąt pięć procent mieszkańców wyspy, to Chińczycy, z których wywodzi się sto procent bogaczy. Ze świeczką znaleźć wśród nich rodzimego bumiputra – syna ziemi, jak o sobie mówią Malezyjczycy. Podobnie jest w całym kraju.

Chińczycy mieszkają w najlepszych dzielnicach miasta, gdzie kupienie mieszkania za kilka milionów ringgitów, nie jest niczym wyjątkowym (dla porównania miesięczna pensja Malezyjczyka, to kilkaset ringgitów). Podczas chińskiego nowego roku zamiera ruch w całym kraju. Wszystkie chińskie lokale są zamknięte, ponieważ ich właściciele świętują. I mimo tego, że nie jest to żadne oficjalne święto, kraj zatrzymuje się na kilka dni w miejscu.

Pytanie czy nie dochodzi pomiędzy Malajami i Chińczykami do tarć? Owszem, sporadycznie mają miejsca zatargi i nieporozumienia. Ostatni duży pogrom społeczności chińskiej miał miejsce w 1969 roku, kiedy sfrustrowani Malajowie palili domy i mordowali swoich sąsiadów. Zginęło kilkaset osób. Od tamtego jednak czasu sporo się zmieniło. Może największa zmiana polega na tym, że i jedni i drudzy są od siebie tak uzależnieni, iż rozerwanie łączącej pępowiny jest niemożliwe.

„Gdyby pewnego dnia wszyscy Chińczycy w danym regionie postanowili nie iść do pracy i zostać w domu, Indonezyjczycy nie mieliby czym jeździć, co palić ani na czym pisać. Filipińczycy nie mieli mieliby statków i promów, które pozwalają im się przemieszczać między tysiącami wysp i wysepek. Japończycy nie mieliby ulubionych krewetek. Większość budowanych wysokościowców pozostałaby niewykończona. Cały kontynent zadygotałby w podstawach, gdyż to chińska diaspora jest paliwem, dzięki któremu funkcjonuje maszyna cudu ekonomicznego Azji Południowo – Wschodniej. A kim właściwie są? Potomkami kulisów i kupców, biedaków, którzy przez całe dekady emigrowali, by szukać szczęścia na Nan Yang, morzach południowych”.

T. Terzani, „Powiedział mi wróżbita”.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
michalfutyra
Michał Futyra
zwiedził 2% świata (4 państwa)
Zasoby: 17 wpisów17 18 komentarzy18 0 zdjęć0 0 plików multimedialnych0